on tour part 2

wylądowaliśmy w warszawie. nie kocham tego miasta za pięknie odremontowane ulice, za zamek królewski i za łazienki. upajam sie jej rożnorodnością, zielenią, ludźmi, kamienicami, kulturą i jeszcze raz rożnorodnością. w jednej dzielnicy czuję się jak w sopocie lub gdaśsku wrzeszczu, w innej jak w krakowie, a w centrum jak nigdzie indziej w polsce. co więcej, róg ulic świętokrzyskiej i emilii plater to miniaturka nowego jorku. pomimo tego, że gdy stane sto metrów w prawo wszystko wygląda jak bukareszt albo bratysława. ja chcę widzieć tylko new york city i widzę go. i nikt mi go nie zabierze. i żadne inne polskie miasto mi tego nie da, i żadna inna nie ma tak ruchliwego lotniska. strasznie łatwo czuć się tam samotnie. większość patrzy na ciebie wilkiem czy czymś tam. idąc krakowskim przedmieściem i mijąjac setki ludzi, czułem w sobie taką niemoc, troche poniżenie. i wspomnianą, jebaną samotność. przyzwyczaje się do tego, jak tam zamieszkam. tam byłem gorszy od nich, nie tak jak tutaj - jeden z najlepszych. chyba to mnie w niej tak pociaga. koniec o niej.

z kolei łódź byla inna. może byłem zbyt zmęczony, by zamyślać się nad klimatem starych fabryk i kominów. ciągle myślałem o stolicy, tym bardziej, że tam komunikacja miejska jest tez żółto-czerwona, a tabliczki ulic były dokładnie takie same, jak w warszawie. to był jedyny dzień naszej wyprawy, kiedy czułem sie jakoś tak samotnie. tej nocy moj telefon milczał straszliwie, nie odzywała sie nawet mama, którą dzień wcześniej opieprzylem za to, że tak czesto dzwoni. nie pisał nikt, a moj parachutesowy globus na tapecie świecił mocniej niż zwykle. najgorsze bylo to, że nie moglem go otworzyc i posluchac nawet glupiego "don't panic".

kolega kolegi załatwił nam nocleg w małej, ręcznej fabryczce drewnianych zabawek, ukladanek i podstawek pod mydło. brzmi to niewiarygodnie, bajkowo i fenomenalnie. ale cudów nie było, trochę jednak polubiłem to miejsce. tamtejszego kota i dwa psy też. spałem trzy godziny, a obudził nas o szóstej pracownik tejże firmy. obudził nas niezbyt ambitną stacją radiową, a w niej.. taki zbieg okoliczności - "wyjeechali na wakacje wszyscy nasi pooodopieczni, gdyyy nie ma w domu dzieci - to jesteśmy niegrzeczni". wcale nie pomyślałem o rodzicach.

pieprzona niedziela, nie cierpię tego dnia i bicia kościelnych dzwonów. na dodatek.. za cholere nie mogliśmy złapać stopa do katowic. najpierw próbowaliśmy na krajowej jedynce, potem skierowaliśmy się na kielce i bezpośrednio na kraków. to był nasz cel, to byla też moja lub nasza porażka. raczej bardziej moja. chciałem do krakowa, a nie udało mi się go zdobyć. mój kolega był bardzo zadowolony. podjeliśmy decyzję o odwrocie. miękkie faje. powrót poszedł nam jak z płatka. szybko piotrków trybunalski, znowu łódź, szybciej warszawa i nocleg, aż w końcu torun.

po drodze spotykaliśmy znowu ludzi ciekawych. nie zapomnę jazdy z fanem radiohead, który uraczył nas arcydobrym "creep", na arcysłabym sprzęcie. to mialo swoj urok, sam mam taki w samochodzie rodziców. i ciekawych opowieści dwóch mieszkańców pruszkowa apropo tamtejszej mafii. nie wiedziałem, że smierć jednego człowieka, chyba piotra p. aka 'pershinga' może zmienić życie całego miasta. według relacji kobiety z fiata cinquecento, tak było. nawet kanary z warszawy zaczęły odwiedzać pruszkow. nie mowiąc już o kolesiu, który pracował w manchesterze na budowie i gadal szybko. wojtek z tira też był dobrt, jechal do wilna, wygladal na starego pedala. troche glupio mi tak pisac, byl bardzo mily.. ale takie mialem wrazenie. trochę też tam śmierdziało.

lotnicho
łódź i kominy
fabryczka "zatrzymaj sie, do chuja"
zakaz ruchu pieszych



przystanek toruń, już mi sie nie chce teraz. spać mi się chce, jest 3:18 i alkohol już ze mnie zszedł.
cdn


ps. dzieki wszystkim (raczej paru), ktorzy upominali sie o czesc numer dwa.